potrzebny Ci na głowę kubeł zimnej wody

Kiedyś byłam tłusta. Co gorsze, była to tłustość nieuświadomiona. Co jeszcze gorsze, wydawało mi się, że wcale nie jest ze mną aż tak źle, wręcz zdawało mi się, że jest całkiem dobrze. Zapewne byłoby tak do dziś. Gdyby nie moja koleżanka.

Koleżanka dnia pewnego wylała na mnie kubeł zimnej wody.

Lodowaty kubeł prostych i wymownych słów. Znienacka. Dobitnie. I z jak najszczerszymi intencjami, bo to kobieta o naprawdę dobrym sercu. “Wyglądasz jak stara zaniedbana gruba baba, taka z 20 lat więcej niż masz. Zrób coś z sobą, bo się nie da patrzeć”. Szok, wściekłość, oburzenie. Przez mocno zaciśnięte zęby wycedziłam “Wiem i fajnie mi z tym” (wcale nie wiedziałam, że aż tak… no i dobrze chyba jednak też wcale mi nie było). W duchu dorzuciłam postanowienie “Ja Ci jeszcze pokażę!”.

Pokazałam.

Wzięłam się za siebie. Zaczęłam intensywnie ćwiczyć, zdrowo się odżywiać, utrzymuję to od dobrych kilku lat. Pierwotna złość na koleżankę, bardzo szybko zamieniła się na wdzięczność. Wdzięczność za najlepszą w świecie motywację.

Z dobrą motywacją można wszystko. Rzeczywiście niemożliwe nie istnieje. Jeśli masz dobrą motywację, znajdziesz czas i milion sposobów, by osiągnąć cel, podejmiesz odpowiednie działania, zdobędziesz środki, nie poddasz się pod byle pretekstem. I na 100% Ci się uda.

Motywacja jest niezbędna.

Co Cię może zmotywować?

  • wizja nagrody – wyznaczasz sobie jasny i mocno sprecyzowany piękny cel, robisz wszystko, aby go osiągnąć. “Jeśli zrobię to, to i to, dostanę swoją nagrodę.”
  • strach przed karą/konsekwencjami – “jeśli czegoś nie zrobię, spotka mnie to i to”.
  • zazdrość – Niektórzy nazwą to może inspiracją. Dla mnie jednak inspiracja opiera się na budzeniu zazdrości. Zazdrości w niekoniecznie złym znaczeniu.  Obserwujesz ludzi, chcesz osiągnąć to, co oni. Zazdrościsz pięknej figury dziewczynie/facetowi ze zdjęcia – zaczynasz ćwiczyć, by też się taką/takim stać. Komuś innemu pozazdrościsz świetnego mieszkania – wreszcie bierzesz się za remont swojego własnego. Zobaczysz poczytnego bloga – zaczynasz rozwijać swoje miejsce w sieci, bo też chcesz zyskać taką popularność. A może widzisz nowy wydziergany przez znajomą z forum sweterek i bierzesz druty w łapki, bo musisz też taki mieć? A może ktoś pokazał cudnie wyglądający deser. “Też muszę taki zrobić!” Chcesz tego, co mają inni. I robisz wszystko, by to mieć. Zobaczysz coś i to Cię motywuje do działania. I jest pięknie. Czasami trzeba jednak czegoś więcej…
  • wezwania do działania – motywujące książki, artykuły, hasła i wezwania typu “Dasz radę, jesteś silna, próbuj, nie poddawaj się!” “Mnie się udało, tobie też się powiedzie!” “Weź udział w wyzwaniu *Do lata – płaski brzuch!*” “Upiecz ten tort!” “Udzielaj  się na FB, to zwiększa blogową popularność!” “Róbmy to razem! Będzie fajnie!” Nasłuchasz się, naczytasz, naoglądasz – działasz. I prawdopodobnie rzeczywiście jest fajnie. Choć i to czasami nie wystarczy…
  • brutalne uświadomienie prawdy – uświadamia Ci ją ktoś inny (tak jak mnie kiedyś moja koleżanka), lub uświadamiasz ją sobie samodzielnie (co jest trudniejsze, ale przecież możliwe – mam swoje zdjęcie z czasów największej otyłości i jest to mój najlepszy motywator do dbania o siebie).  Ta opcja zdecydowanie najbardziej mnie mobilizuje.

Trzeba patrzeć na siebie i swoje życie krytycznie. Nie na innych. Na siebie. Jeśli będziesz mówić “Jestem super, kocham się i akceptuję takim jakim jestem” – staniesz w miejscu, z czasem zostaniesz w tyle. Będziesz tkwić w swym świecie złudzeń. Bo nawet jeśli teraz rzeczywiście wszystko jest tak fantastyczne, nie znaczy, że zawsze takie będzie. Cały czas musisz się rozwijać. Pracować nad sobą, udoskonalać swoje życie. Teksty typu “Pokochaj swoje kilogramy”, “Pokochaj to co masz” niesamowicie mnie wkurzają . To nawoływanie do nic-nie-robienia. To zabija motywację. Serio mam zadowolić się tym co mam i nie pragnąć już niczego więcej?

Nie kochaj swoich kilogramów! Kochaj siebie, ale niech to właśnie nakłania Cię do działania.

Kocham siebie i dlatego coś zmienię. W sobie, swoim życiu, sposobie postępowania. Kocham siebie, dlatego będę zdrowo się odżywiać, biegać, ćwiczyć, jeździć na rowerze lub na rolkach. Kocham siebie i dlatego będę się rozwijać. Kocham siebie – dlatego pozbędę się wszystkiego, co ciągnie mnie w dół.

Ale aby to się stało, muszę uświadomić sobie, że nie jestem doskonała, że coś w moim życiu jest nie tak, że w ogóle potrzebuję zmiany. I muszę tej zmiany chcieć. A jeśli chcę – muszę zacząć ją wprowadzać.

Samemu nie jest łatwo się zmobilizować. Nawet jeśli wiesz, że tego potrzebujesz. Moim zdaniem najlepiej motywuje ktoś z kubłem lodowatych słów. A jeśli jest złośliwy, to tym bardziej. Przynajmniej mnie.

Co najlepiej motywuje Ciebie?

Pozdrowienia!

Ania

1,531 total views, 1 views today

  • Ale trzeba miec zelazne nerwy zeby przetrawac taka motywacje a la kubel zimnej wody, ha ha ha . Podziwiam, ze znalazlas w sobie sily, by sie nie zniechecic, tylko by potraktowac to jako motywacje. Pozdrawiam serdecznie Beata

  • To mnie chyba bardziej motywuje jakaś łągodniejsza zachęta, po tym co Ty usłyszałaś chyba czułabym się zbyt zdemotywowana ;) Ale cieszę się, że udało Ci się zmobilizować – takie rzeczy też mi czasem pomagają, gdy widzę, żę innym się udało :)
    Nie lubię teżpatrzeć na swoje życie zbyt krytycznie, bo w rzeczywistości później wychodzi, że robię to zbyt krytycznie i inne osoby muszą mnie potem oświecać, że heeej! wcale nie jest tak źle jak Ci się wydawało.
    Tak samo uważam z “Jestem super, kocham się i akceptuję takim jakim jestem”, według mnie brak takiej akceptacji może prowadzić do znienawidzenia siebie samego, a przecież spędzamy sami ze sobą mnóstwo czasu, więc chyba dobrze byłoby się zaprzyjaźnić? Przy czym nie mówię tutaj o staniu w miejcu i braku rozwoju, bo uważam,że mimo akceptacji zawsze można coś poprawić, rozwinąć się bardziej. Przy braku działania faktycznie może okazać się później, że jest mniej fantastycznie, ale gdy akceptujesz siebie i jednocześnie rozwijasz się, potem może być jeszcze lepiej ;)

    • Na mnie najlepiej sprawdza się terapia szokowa, to mnie naprawdę w sekundzie motywuje. Łagodnymi zachętami odkładałabym działania w nieskończoność :)
      Nie chodziło mi o to, by mieć do samego siebie ciągle jakieś uwagi i zastrzeżenia. Oczywiście, że nadmierna krytyka jest szkodliwa. Miałam na myśli to, by nie wpaść w samozachwyt, lub stagnację i umieć dostrzegać w porę, że coś nie gra. Trzeba kochać samego siebie i dlatego właśnie coś dla siebie robić, rozwijać się, być czujnym. To jest właśnie najważniejsze – umieć odnaleźć cienką granicę pomiędzy akceptacją z chęcią rozwoju, a akceptacją i na tej akceptacji pozostaniem.

      • Rozumiem już, dokładnie o to mi chodziło w komentarzu, chyba Cię trochę źle zrozumiałam :)

  • gin

    Nigdy się nie zastanawiałam, co jest moją motywacją. Po prostu chcę, i konsekwentnie do tego dążę :)
    U mnie problemem było odkrycie, czego właściwie chcę. Jak już się udało, nie musiałam się nad motywacjami zastanawiać :)

  • Na mnie takie coś nie działa. Mam gdzieś to co myślą o moim wyglądzie inni ludzie, w ogóle to co ludzie o nas mówią nigdy nie powinno być motywacją, bo będą mówić zawsze. Według mnie to błędne koło, bo jeśli koleżanka powie, że masz krzywy nos to zrobisz operację?
    Poza tym czemu mamy nie kochać swoich kilogramów i wszyscy za wszelką cenę dążyć do takiej samej sylwetki? Wiadomo, że otyłość nie jest dobra, ale brak płaskiego brzucha to żadna tragedia i wmawianie dziewczynom, że jest inaczej napędza jedynie biznesy popularnych trenerek. Akceptacja siebie zaczyna się w głowie, dzisiaj ludzie zrzucają kilogramy jutro będą udoskonalać coś innego, ktoś kto nie lubi siebie zawsze znajdzie jakiś mankament. :)

    • Pewnie, że nie należy się przejmować ludzkim gadaniem. Jestem ostatnią osobą, która nawoływałaby do zmian w życiu po to, aby zaspokoić wyobrażenia innych na nasz temat. Podałam przykład z koleżanką nie po to, by pokazać, że się przejęłam, choć oczywiście, że w pierwszej chwili wkurzyłam się jak mało kiedy, ale po to, że ten jej tekst szybko uświadomił mi okrutną prawdę – ja serio byłam gruba i zapuszczona. Nie dostrzegałam tego, jak bardzo. W pierwszej chwili chciałam jej pokazać „zobaczysz jak się odchudzę, jeszcze ci gały na wierzch wyjdą!” Kiedy zaczęłam odchudzanie – wiedziałam już, że robię to tylko i wyłącznie dla siebie. Bo się kocham i dlatego chcę dobrze wyglądać, chcę być zdrowa. Cały czas trenuję i prowadzę zdrowy tryb życia wyłącznie dla siebie. I bardzo często narażam się na kompletne niezrozumienie ze strony otoczenia, wręcz powiedziałabym, że idę pod prąd, bo po co się katować (nie katuję się wcale…) skoro można kochać ciałko (wspomniana koleżanka aktualnie waży więcej niż ja kiedyś i nawołuje do dogadzania sobie, bo raz się żyje – tym razem jej nie posłucham:P ) :)
      Dlaczego mam być gruba i starać się kochać nadmierne kilogramy, jeśli mogę zamiast tego postarać się schudnąć? Pytanie retoryczne, bo ja już chudnąć nie muszę :)
      Brak płaskiego brzucha nie jest tragedią, oczywiście, że nie. Ale jestem zdania, że z miłości do siebie aktywność fizyczna i zdrowe odżywianie powinno być normą, a to na pewno brzuszek spłaszczy :)
      Samoakceptacja jest niezmiernie ważną sprawą. Nie można popadać w żadną skrajność – tak samouwielbienie jak i nadmierna krytyka szkodzą. Akceptuję siebie, ale widzę tak swoje dobre strony jak i wady. I cały czas nad sobą pracuję. Ufff, mam nadzieję, że teraz wyraziłam się jasno :)
      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz :)

  • Dobrze mieć taką koleżankę. A co do motywacji, ja stosuję „metodę faktów dokonanych”. Kiedyś poszedłem pobiegać – zupełnie bez sensu. I … tak mi zostało. Kupiłem buty biegowe no to musiałem wypróbować. Skręciłem w lesie w prawo – dłuższa trasa – więc musiałem przedłużyć bieg (bo co, wracać będę?). Słaby dzień, nie wyjdę biegać – gdy to mówię, kończę się przebierać i gdy wyjdę już na dwór nie pozostaje nic innego niż przebiec się. Choć ociupinkę… I tak dalej, i tak dalej.

    • Aż mi się zachciało biegać :) Próbowałam kiedyś i nawet mi się podobało, ale przerwałam na korzyść ćwiczeń w domu, które dawały mi szybsze efekty w chudnięciu. Teraz od kilku tygodni myślę o powrocie do biegania, ale tak trudno się zebrać. Znowu chyba potrzebny mi jakiś mocny motywator :)

      • Wiesz, po prostu wyjdź i … Zacznij biec. Powolutku, żeby to była przyjemność. A reszta sama się „zadzieje”, zobaczysz…

  • Jestem bardzo ciekawa jak dzisiaj wygląda Twoja relacja z tą koleżanką?:) Czasem rzeczywiście potrzebny jest nam kubeł zimnej wody, żeby nas zmotywować. Ja czasem też tak mam, że zabieram się za coś jak kot za jeża i dopiero jak ktoś inny mi zwróci uwagę, że mogłabym z dana rzecza coś zrobić, to wtedy się za to biorę:).

    • Relacje z koleżanką są dobre :) Choć powiem Ci, że teraz ona potrzebuje chyba jakiegoś wstrząsu, by wziąć się za odchudzanie i w ogóle zdrowy tryb życia. Ubolewam, że moje argumenty nie działają :( Słyszę, że dobrze jej z otyłością i aż mnie krew zalewa, bo wiem, że tak nie jest.

      • To musisz jakieś drastyczniejsze metody zastosować, tak jak ona kiedyś;).

  • W sumie już lepsza taka szczera koleżanka aniżeli fałszywa w stylu „oj tam, wyglądasz rewelacyjnie”, a za plecami „ale się krowa zapasła!”.

    • I tu całkowicie się z Tobą zgadzam. Wolę prawdę w oczy powiedzianą w dobrej wierze od udawania, że jest super, o obgadywaniu już nie wspomnę nawet. Nikt poza tą koleżanką nie powiedział mi, że źle wyglądam. Sama wiedziałam, że dobrze nie jest, ale nie nie myślałam, że jest tak źle. Ona mi to brutalnie uświadomiła. I bardzo się z tego cieszę :)

  • Trzeba być twardym, żeby usłyszeć coś takiego i nie dać się zwątpieniu, tylko przekuć w działanie ku poprawie. Mnie motywują infografiki – porządkują mi myśli w głowie, pozwalają znów wskoczyć na właściwe tory; cytaty „z kopem”; książki; inni ludzie, słuchanie co przeszli, jak im się udało.

  • Ja bardzo dużo ćwiczę ale ciągle nie mogę zmusić się do diety. Wytrzymuję max 2 tygodnie, a później następuje zniszczenie brutalne postępów. Nie, żebym źle wyglądała ale w tej wadze źle się czuje i mam takie trochę wrażenie uwięzienia we własnej indolencji i braku konsekwencji.

  • Cieszę się, że zmieniłaś podejście. Znam wiele otyłych kobiet – one głównie narzekają, że nie mają pieniędzy na operację itd. Więc aby odwrócić uwagę, zamiast ćwiczeń preferują po prostu ubierać się na czarno – szczególnie na wizyty w mc’donalds.

    Mało tego, mamy do czynienia z modą. Modne jest nie naśmiewanie się z osób otyłych, dzięki czemu dajemy im przyzwolenie na bycie grubymi. A kiedy już grubasek usłyszy naśmiewanie się co robi – informuje, że to z powodu „wyimaginowanej” choroby.

    O ile jestem w stanie zrozumieć otyłość chorobową czy pochorobową, o tyle nie jestem w stanie zrozumieć osób które udają same przed sobą i robią wszystko byle nie zrzucić tych kilogramów, z drugiej strony użalając się jakie to one biedne nie są, że nie mają zainteresowania u facetów.

Facebook