happy detoks – podsumowanie

W ciągu ostatnich dwóch tygodni niemal nie rozstawałam się z książką Kasi Bem “Happy Detoks”. Nosiłam ją ze sobą na okrągło, ćwicząc, medytując, oddychając, analizując menu i gotując. Nadal mam ją przy sobie. Program odnowy organizmu zakończyłam w czwartek, ale nie zamierzam rezygnować z tego, czego się dzięki książce nauczyłam. Będzie mi towarzyszyć nadal.

10 dni Holistycznego programu odnowy organizmu Happy Detoks minęło nie wiadomo kiedy. Przystąpiłam do niego pełna energii i optymizmu, ale też i ciekawości. Wiedziałam, że dam radę. Powiem więcej – ja potrzebowałam tego programu.

happydetoks

Po co mi był ten cały detoks?

Z założenia Happy detoks ma nas oczyścić z toksyn, sprawić, że będziemy młodsze, piękniejsze, szczęśliwsze. Nie oszukujmy się jednak. W ciągu 10 dni nie jest to możliwe. Toksyny, które gromadziłaś w sobie latami, na pewno nie opuszczą Twego ciała w tak krótkim czasie. Nie ma cudów. Happy Detoks to pierwszy krok ku zmianom na lepsze. To pierwszy stopień do Twojego nowego, zdrowego i szczęśliwego życia. I ja tak właśnie tę książkę potraktowałam.

Kiedy rozpoczynałam happy przygodę, głównie chodziło mi o uporządkowanie posiłków. Zdrowy tryb życia prowadzę już od dawna, ćwiczę, nie jadam rzeczy wysoko przetworzonych, nafaszerowanych chemią, mięsa, mleka, unikam cukru i glutenu itp. Odżywiałam się niby zdrowo, ale… i byle jak jednocześnie. Moje posiłki, szczególnie od czasu, gdy zostałam wegetarianką były jakieś takie rozregulowane, mało urozmaicone, brakowało mi pomysłów i jak mi się wydawało czasu na gotowanie. Musiałam wziąć się w garść. Książka Kasi Bem i zawarty tam jadłospis spadły mi z nieba – okazały się cudowną odpowiedzią na moje potrzeby.

Na czym to polega?

W książce “Happy Detoks” wszystko jest podane jak na dłoni. Rozkład dnia, krótkie zestawy jogi (rano 30 minutowy program, wieczorem zestaw na dobry sen trwający ok. 10 minut + ewentualnie medytacja), wszystkie przepisy na każdy dzień. Trzeba odstawić to, czego ja i tak nie jadam oraz kawę, herbatę, oczywiście alkohol. Spożywa się 5 posiłków dziennie. Świeżych, zdrowych i  niesamowicie smacznych. Bardzo prostych i szybkich w wykonaniu, nie da się tu nic spartaczyć (zdjęcia wszystkich potraw pokazywałam na bieżąco na mojej stronie na FACEBOOKU ). 30 minut przed każdym posiłkiem pije się szklankę ciepłej wody.

Wydaje się to trudne i czasochłonne? Tak się tylko wydaje!

Przy dobrej organizacji można wszystko. To przecież czas poświęcony sobie. Każdy chce być zdrowy, zadowolony i tryskać energią.  Happy detoks to dobry początek do takiego stanu.

Jak to u mnie przedstawiało się w praktyce?

Najbardziej obawiałam się odstawienia kawy i to wyglądało dla mnie na najtrudniejsze. Piłam jej po kilka filiżanek dziennie. Na niespełna tydzień przed planowaną datą rozpoczęcia detoksu przestałam. Pierwszy dzień bez kawy był zły. Niesamowicie bolała mnie głowa. Przespałam tego dnia 12 godzin. Nazajutrz było odrobinę lepiej, choć nadal nieciekawie. Trzeciego dnia organizm się przestawił, dostosował i przestał buntować. Nie piję kawy od dwóch i pół tygodnia. No dobra – po detoksie chwyciłam jedną filiżankę. I wiesz co? Ta kawa wcale mi nie smakowała (choć była to taka jak piłam zawsze – moja ulubiona!). Na razie nie zamierzam do kawy wracać…

Jakie miałam oznaki oczyszczania?

W czasie trwania detoksu nie zauważyłam większych objawów oczyszczania. Wyskoczyło mi kilka wyprysków, przez dwa dni miałam wysuszoną i swędzącą skórę, miałam lekkie zawroty głowy jednego dnia rano i początkowo trochę chciało mi się spać. Żadna z tych rzeczy nie była dokuczliwa. Myślę, że poszło łatwo, gdyż już na bardzo długo przed detoksem odstawiłam toksyczne jedzenie. Faktycznie ten ból głowy bez kawy był najgorszy.

Co było w programie Happy Detoks najtrudniejsze?

Rzeczą, przez którą do dziś nie mogę przebrnąć jest oddech przeponowy. W ogóle mam problemy z normalnym oddychaniem, ale przeponowe to już jest wyższa szkoła jazdy jak dla mnie. Serio jest ledwo co wykonalne. Próbuję cały czas. Jest lepiej i czasem nawet mi już wychodzi jak należy, ale to jest naprawdę trudne. Nie poddam się jednak. Ja to opanuje i już!

Co mi się najbardziej podobało?

Zdecydowanie najprzyjemniejszą rzeczą były posiłki. Nie musiałam nic wymyślać i kombinować. Tylko zerknąć na składniki, zrobić zakupy, gotować wg rozpiski. Dania były bardzo smaczne, pięknie wyglądały i naprawdę się nimi najadałam do syta. Nawet ten jeden dzień monodiety, kiedy piłam tylko wywar warzywny nie był dla mnie problemem. Nie byłam wtedy głodna, bo dwie godziny między jedna szklanką a drugą mijały tak szybko, że aż się dziwiłam. Ale przyznam, że choć wywar był całkiem smaczny, to siódmej szklanki już bym w siebie nie wcisnęła, jestem pewna, że pojawiłby się odruch wymiotny ;) Potrawy przygotowują się migiem, są banalnie proste i pyszne. Przepisy pozostają ze mną na dłużej!

Podobały mi się też zestawy jogi. To też oczywiście zamierzam kontynuować. Powiem więcej – będę zgłębiać temat. Czuję, że to coś dla mnie.

Efekty Happy Detoksu.

Nie odmłodniałam i nie wypiękniałam ;) Za to czuję się doskonale i widzę zdecydowaną różnicę.

Moje zatoki po detoksie funkcjonują bez porównania lepiej. Upewniłam się, że taki sposób odżywiania (bez cukru, nabiału i przede wszystkim glutenu!) ma na nie wpływ zbawienny – nie produkują jakichś hurtowych ilości śluzu i pozwalają mi normalnie żyć.

Poza tym o wiele lepiej miewa się mój brzuch. Jest płaski – żadnych wzdęć, wypukłości, pękatości – cudownie! :)

Mam dużo energii, pozytywnych myśli, pomysłów, chęci działania. Odświeżył mi się umysł i odżyło ciało. Ochoczo wstaję skoro świt, by przed pracą poćwiczyć jogę… nie do pomyślenia jeszcze dwa tygodnie temu – wołami mnie z łóżka ściągać można było, a ja nadal chciałam spać. Teraz jest zupełnie inaczej. Widzę, że poranne rozciąganie naprawdę daje efekty. Czuję się wypoczęta i przygotowana do nowego dnia. No i już mogę zauważyć postępy w rozciąganiu, a to niesamowicie motywuje :)

Co dalej?

Trzy dni temu oficjalnie zakończyłam program. Teraz najtrudniejsza część zadania. Pytanie – co dalej?

Szczerze mówiąc dla mnie sprawa jest oczywista. Aby nie zmarnować tych dziesięciu dni, należy kontynuować zdrowe odżywianie. Ja na pewno będę.

Program odnowy organizmu Happy detoks to początek drogi do nowej lepszej Ciebie. Ja bardzo Cię namawiam, byś na tę drogę weszła. Spróbuj. Jeśli Ci się nie spodoba (w co trochę wątpię) – w każdej chwili możesz przecież rzucić książkę w kąt i wrócić do starych nawyków (nie polecam). Zdecydowanie warto spróbować. Książka pomaga bezboleśnie zmienić sposób odżywiania. A to co jesz – ma wpływ decydujący na Twoje zdrowie, Twoje samopoczucie, Twój wygląd, sposób postrzegania świata, na wszystko co Cię dotyczy. Przecież chcesz być szczęśliwa, prawda? Happy detoks Ci pomoże. Daj mu tylko szansę :)

Cieszę się, że ta książka trafiła w moje ręce. Polecam ją bez chwili wahania. Spełniła wszystkie moje oczekiwania. Działa.

Pozwól, niech zadziała i u Ciebie.

Pozdrowienia i buziaki!

Ania

1,902 total views, 4 views today

  • Może też sobie tę ksiażkę kupię, w każdym razie tak zakładam. Jeśli pomogło na zatoki, to chętnie spróbuję. Moje zatoki to sprawa przewlekła. Dobrze, że teraz mamy sinulany itp. więc co jakiś czas łykam pigułki i zatoki się oczyszczają. Na co dzień staram się jeść „ładnie”, ale zawsze coś tam śluzotworczego przemycę… Najbardziej męczę się na wyjazdach do rodziny: tam panuje kult jedzenia, wokół jedzenia kręci się świat kobiet i ze swoimi pogladami jestem traktowana jako dziwoląg. Zawsze mają tam pełno ciasta i słodyczy, dania główne mięsne, a owoców i warzyw tyle co kot napłakał. Już od 4 dni tak żyję, bo przecież gdybym sama zrobiła zakupy to chyba by mnie same „zjadły” ;-) Tak, po powrocie detoks zdecydowanie sie przyda…

    • Ania

      Ja też mam przewlekły problem z zatokami i niestety żadne sinulany ani jakiekolwiek inne leki czy suplementy nic mi nie dawały. Jedynie czyste jedzenie bardzo ratuje sytuację. Jedzenie detoksowe niesamowicie dobrze podziałało i boję się teraz, żeby nie zepsuć tego efektu. Odpowiednie jedzenie to podstawa zdrowia. Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.
      Ach te wyjazdy do rodziny… ja się trzymam dzielnie na takowych. Wychodzę na coraz większego dziwoląga, ale nie obchodzi mnie to, robię swoje, zdarza mi się ze swoim prowiantem podróżować, gdy wiem, że nic nie znajdę odpowiedniego dla siebie w danym miejscu :)
      A książkę oczywiście Ci polecam. U mnie sprawdziła się świetnie.
      Pozdrawiam!

Facebook