burgery wegetariańskie–najlepsze ;)

Kiedyś kochałam burgery. Najbardziej te ze Streat Slow Food. A potem przestałam jadać mięso. I szalone wypady na AniBurger’a czy The Classic’a lub Złego Porucznika naturalną siłą rzeczy się skończyły. Czy kiedykolwiek żałowałam? Nie. Stanowczo nie. Co nie znaczy, że jednak jakiegoś burgera od czasu do czasu bym nie zjadła. Vegeburgera, rzecz jasna.

Cóż za problem samej sobie takiego vegeburgera przygotować? Oczywiście żaden. O Mamo, jakie to jest dobre! :D 

Najlepsze na świecie vegeburgery.  Poczęstuj się.

(Moi niestety wcale nie vege faceci również zajadali się ze smakiem. A ja nie mogłam się opanować i nawet na surowo masę podjadałam :P )

 

vegeburgery

 

 

Burgery wegetariańskie
(8 –10 sztuk)

1,5 szklanki ugotowanej  kaszy jaglanej
2 szklanki utartej na cienkie wiórki marchewki
duża czerwona cebula
1/4 szklanki siemienia lnianego
1/4 szklanki pestek dyni
1/2 szklanki prażonego sezamu
1/2 szklanki tartej bułki
3 łyżki mąki
1/4 szklanki oleju
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżeczki posiekanej natki pietruszki
1 łyżeczka suszonego imbiru
1/4 łyżeczki chili
sól, pieprz

 

vegeburgery1

 

  1. Rozgrzej piekarnik do temperatury 200 stopni C.
  2. Dużą blaszkę wyłóż papierem do pieczenia.
  3. Ugotowaną i przestudzoną kaszę jaglaną przełóż do miski. Dodaj utartą marchewkę, posiekaną cebulę, pestki dyni, nasiona lnu, bułkę tartą, mąkę, olej i wszystkie przyprawy. Porządnie wymieszaj rękami, by powstała kleista masa. Jeśli trzeba dopraw do smaku.
  4. Uformuj z masy płaskie, ale nie za bardzo cienkie (w czasie pieczenia troszkę schudną!) kotleciki. Poukładaj je na blaszce i włóż do piekarnika.
  5. Piecz przez ok 20 minut, następnie delikatnie odwróć je na drugą stronę i włóż jeszcze do pieca na ok 15 minut.
  6. W czasie, kiedy burgery się pieką, Ty przygotuj dodatki…

 

bułki
ulubione sosy
ulubione warzywa

 

  1. Przekrój bułki na pół. Włóż je na chwilę do piekarnika, aby się podgrzały.
  2. Posmaruj połówki bułek sosami.
  3. Połóż na każdej spodniej połowie bułki po jednym kotleciku oraz warzywa.
  4. Złóż burgery.
  5. Zajadaj ze smakiem.

 

vegeburgery2

 

Oczywiście jeżeli masz ochotę – kotleciki możesz jeść same, z dodatkiem warzyw i jakiegoś sosu, wcale nie potrzeba do nich bułek, są równie pysznie bez nich, zapewniam ;)

Przepis znalazłam na Jadłonomii. Troszkę go zmieniłam – dostosowałam do swoich potrzeb i tego, co akurat miałam w domu. Bardzo polecam!

Weekendowe uściski!

Ania

Posted in Kuchnia, Wegetariańskie | Tagged , | Leave a comment

czekam na to

Jak co piątek zrobiłam przegląd strony Beaty Pawlikowskiej. Pożyczyłam żółty obrazek, który dziś najbardziej mi się spodobał. Bo też czekam na to, co najlepsze. A Ty?

 

czekam_na

 

Pewno znasz taką historyjkę?

Jedzie mężczyzna w tramwaju i myśli:  
„Żona – zołza,
Przyjaciele – oszuści,
Szef – sadysta i idiota,
Praca – beznadziejna,
Życie do dupy….”
 
A Anioł Stróż stoi za jego plecami i zapisując to wszystko myśli: „Ale dziwne życzenia i to codzienne, ale cóż mogę zrobić, muszę je spełniać…”

Znasz też niejednego narzekacza, prawda? Pesymistów – narzekaczy Ci u nas dostatek. Zamęcza taki smętnymi myślami siebie, zatruwa otoczenie, a co gorsze udziela zgorzkniałego nastroju innym ludziom. Wyolbrzymia taki wszystkie sprawy, nie szuka rozwiązań problemów, skupia się na użalaniu się nad sobą i psioczeniu. I sprowadza samosprawdzające się proroctwa. Oczywiście nic nie robi, by coś zmienić, no bo po co, skoro z góry wie, że to bez sensu. Oczekiwanie najgorszego – usprawiedliwieniem dla nic nierobienia.

Czy żyjąc w ten sposób można w pełni czerpać radość z dnia każdego?

Życie jest chwilą. Dlatego każdą chwilą musisz żyć prawdziwą pełnią życia.

Zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Dlaczego więc nie postarasz się, aby to dostać? Zacznij od DOBREGO NASTAWIENIA. Wszystko jest możliwe, jeżeli tylko tego chcesz. Spodziewaj się najlepszego!

Pozytywne myślenie daje Ci MOC.

Czekając na to, co najlepsze (nie myl tego z nic nierobieniem!), wytwarzasz w sobie energię, aby to właśnie zdobyć. Wiara w sukces sprawia, że podejmujesz odpowiednie działania, nabierasz pewności siebie i odwagi. Trafiasz na odpowiednich ludzi, potrafisz ich zjednać. Widzisz mnóstwo możliwości i rozwiązań. Przecież chcesz, by wszystko szło dobrze, prawda? Posłuchaj uważnie.

Możesz wszystko!

Naprawdę możesz wszystko. Wszystko, co najlepsze na pewno Cię spotka. Daj sobie szansę. Wyjdź najlepszemu naprzeciw. Uśmiechnij się do kogoś. Ktoś uśmiechnie się do Ciebie. Uśmiech przyciąga uśmiech. Pozytywne myślenie przyciąga pozytywne zdarzenia. A jeśli po drodze coś nie wyjdzie… pamiętasz? to dlatego, że za rogiem czeka JESZCZE LEPSZE.

Siła nastawienia jest ogromna. Dobre myśli założą na Twój nos zaczarowane okulary. Sprawią, że zobaczysz świat niezwykle kolorowy i przyjazny. Piękne myśli przywołają piękne rzeczy. Nie ma innej możliwości.

Do mojego życia przyciągam myślami rzeczy najlepsze.

Też tak rób!

To  naprawdę działa.

Ania 

Posted in Samodoskonalenie | Tagged | Leave a comment

“Rose Madder” Stephen King

Moja opinia o tej książce nie jest jednoznaczna i zupełnie nie jest oczywista. Długo zastanawiałam się co ja właściwie o niej myślę. Są rzeczy, które podobały mi się tutaj bardzo, są takie, które chętnie bym zmieniła, niektóre ledwo dawałam radę czytać, tak silne wywoływały emocje, a inne mnie nudziły. Skończyłam czytać dwa dni temu.

“Rose Madder” Stephena Kinga
(moje wrażenia po lekturze)

 

roseMadder

 

Przeczytałam gdzieś opinię, że “Rose Madder” została najgorzej sprzedającą się powieścią Kinga. Nie sprawdziłam, czy to prawda, ale zdanie to było najlepszym powodem, by po ten właśnie tytuł sięgnąć. Bez wahania wypożyczyłam. Intuicja mnie nie zawiodła.

O czym jest tutaj mowa?

Rose Daniels – latami maltretowana przez męża kobieta, pewnego dnia pod wpływem impulsu, zupełnie niespodziewanie i bez jakichkolwiek przygotowań, jedynie z małą torebką i kartą kredytową pana męża w ręce,  odchodzi od domowego kata i jego “rozmów w cztery oczy”. Dzięki ludziom, których napotyka na swej drodze, buduje nowe życie.

Norman Daniels – psychopata, morderca i ceniony policjant, o którym głośno na pierwszych stronach gazet, szuka żony, by jej dać nauczkę. Znajduje. Jest gotowy do użycia najpoważniejszych argumentów w tej ostatniej z rozmów. Rose nie jest już jednak tą samą kobietą.

Przemoc domowa to temat trudny. Autor poradził z nim sobie bardzo dobrze. Po mistrzowsku, w sposób obrazowy i niesamowicie przejmujący przedstawił obraz  ofiary i oprawcy. Chwilami myślałam, że nie będę w stanie dalej tego czytać. Na szczęście wszystko dawkowane jest stopniowo.

Co mi się podobało?

Powieść rozpoczyna się  od odejścia Rose. Szybka akcja, bez rozważań, zastanawiania się i rozterek. Wszystko dzieje się szybko. Narracja prowadzona jest zarówno z punktu widzenia Rose, jak i Normana. Poznajemy ich sposoby myślenia i postrzegania rzeczywistości. Dowiadujemy się dlaczego tak postępują, jak postępują, co ich ukształtowało. To lubię. Świat rzeczywisty pokazany jest bardzo  realistycznie, wszelkie opisy są bardzo sugestywne.

Rose pewnego dnia kupiła w lombardzie obraz. Obraz żyje swoim życiem.

Sam pomysł z obrazem podobał mi się niesamowicie. Może dlatego, że kocham Narnię i wszelkie tajemnicze przejścia do innych światów ;) Powiązanie osób i zdarzeń ze świata obrazu z światem rzeczywistym uważam za bardzo przekonujące – obawiałam się przez chwilę, że będą to zupełnie różne bajki, na szczęście tak nie jest. Żeby jednak nie było tak słodko…

Co mi się nie podobało?

Świat obrazu i wszelkie tam zdarzenia męczyły mnie. Czytało się to długo i dla mnie było nudne, jakieś takie przekombinowane. Niby tajemnica, groza, ucieczki, byk, zaklęte strumienie czy drzewa, a w sumie nic ciekawego… Nie ruszało mnie to ani odrobinę.

Rose w lombardzie poznała Billa.

Irytował mnie również wątek miłosny. Zbyt pięknie i słodziutko. Opera mydlana i już.

Wiele osób zginęło, zanim Norman Daniels dopadł Rose. Zbyt wiele jak dla mnie.

Zakończenie.

Jak zwykle, nie do końca mnie satysfakcjonuje. A tak dobrze się zapowiadało… Zdążyłam nawet pomyśleć, że pan King mnie zaskoczył – koniec jest super, koniec po prostu jest “dobry”. No niestety po doczytaniu do ostatniej strony koniec okazał się dobry, a nie “dobry”. Przeczytaj, a zrozumiesz, co mam na myśli ;)

Wolałabym też, aby “rozwód” Rose z Normanem przebiegał w innych okolicznościach i w inny sposób. No trudno.

Ogólnie “Rose Madder” uznaję za ciekawą i wartą przeczytania lekturę. Podobała mi się. Najbardziej z tych nielicznych książek Kinga, które już czytałam. A jednak, choć czytałam ich tak niewiele, znalazłam w “Rose Madder” malutkie nawiązania do “Misery”. To było fajne.

Teraz również czytam coś Stephena Kinga. Początek jest mocny.

“Rose Madder” oczywiście polecam!

Pozdrowienia!

Ania

Posted in Książki | Tagged | Leave a comment

piosenka na weekend

Czesław Niemen  „Postscriptum

Są i dziś
oni
co zwykli deptać
każde ziarnko
ziemi
źdźbło niewinne

* * *

Więc
powiem ci
najmilsza
tylko tyle
że
dzieci naszych
rączki różane
gdy
obłapiają
twoje młode kolana
a ty
miłością
i całą
macierzyństwa
mocą je ochraniasz
łza
mi się kręci
i pęcznieje
w oku

Jesteś
prawie
Nike
chociaż krucha
i bez miecza
z tarczą słońca
u boku


 

Ania

Posted in Nastroje | Tagged | Leave a comment

koncentruję się

Kolejny piątek. Kolejna żółta kartka z nie/codziennego dziennika  Beaty Pawlikowskiej. W tym tygodniu wybrałam koncentrację na szukaniu rozwiązania.

 

znalezieniu

 

Żyjesz swoim pięknym życiem. Radośnie dzień po dniu. Pojawiające się na Twojej drodze mniejsze czy większe przeszkody, przyjmujesz mądrze i z pokorą. Pokonujesz je i odważnie idziesz dalej. Nawet jeśli czasem musisz zmienić obrany kierunek. Nie narzekasz. Masz przecież w zanadrzu alternatywne rozwiązania i optymistycznie patrzysz w przyszłość.

Jak łatwo wykreować taką wizję, kiedy wszystko dobrze się układa! Jak łatwo udzielać komuś innemu wspaniałych pięknych rad… gdy Tobie wszystko idzie jak po maśle.

A co jeśli pojawi się problem?

Problemy bywają różne. Różnie je postrzegamy wraz z upływem czasu. Na bieżąco zazwyczaj rzeczy są wyolbrzymiane. Ten sam problem widziany z perspektywy kilku dni, miesięcy czy lat, zwykle traci na znaczeniu. Koniec świata okazuje lekkim trzęsieniem ziemi.

Zdarza się jednak, że nagle spadnie na Ciebie coś jak grom z jasnego nieba. Problem, przy którym wszystkie inne dotychczasowe sprawy okazują się zupełnie nieistotne. Prawdziwy problem, przy którym całe Twoje dotychczasowe “poważne problemy” wydają się śmieszne. I od razu wiadomo, że ranga tego problemu nigdy się nie zmieni.

Co wtedy?

Czy jesteś w stanie usiąść i na spokojnie przemyśleć sytuację? Gdy jedyne na co masz ochotę to zapaść się pod ziemię i nie przestawać płakać z bezsilności, bo wiesz, że tu w zasadzie nic od Ciebie nie zależy. Czy jesteś w stanie oczyścić umysł z żalu i tak bardzo uzasadnionych pretensji do Losu??? To przecież takie trudne… tak bardzo trudne…

Nie narzekaj.

Narzekanie nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. A na pewno nie zmniejszy Twojego problemu. Rozpowiadanie wszystkim wkoło co złego Cię spotkało nie sprawi, że paskudna rzeczywistość zniknie. Podobnie z użalaniem się nad sobą. Znajdź wsparcie w najbliższych. Znajdź w sobie siłę.

Oczyść umysł z żalu.

Wypłacz się jeśli tego potrzebujesz. Czasami nie da się inaczej. Łzy naprawdę oczyszczają, a emocje muszą zostać uwolnione. Nie płacz jednak w nieskończoność. Wróć do życia. Nawet jeśli będzie ono inaczej wyglądało.

Myśl konstruktywnie.

Poszukaj rozwiązań. Jeśli nie jesteś w stanie znaleźć rozwiązania problemu, zastanów się jak z tym problemem żyć. Dostosuj się do nowych warunków. Postaraj się, by były najlepsze z możliwych.

Przypomnij sobie, że wszystko dzieje się w jakimś celu. Wiem, że czasami szalenie trudno się go dopatrzyć. Szczególnie gdy sprawa dotyczy zdrowia dziecka, a w głowie masz najczarniejsze scenariusze.

Sama siedzę w mysiej dziurze, pytam “dlaczego?” i nie znajduję odpowiedzi.

Ania

 

Posted in Samodoskonalenie | Tagged | Leave a comment

notesy i kalendarze

Pamięć bywa zawodna. A przecież trzeba być tak czujnym. Z każdej strony atakują nas różne terminy, w natłoku informacji ucieka nam to, co ważne, ulatują genialne pomysły i inspiracje. By ogarnąć rzeczywistość potrzebujemy pomocników. Jedni wybierają wersje elektroniczne, inni – tradycyjne, papierowe. Ja należę do tych drugich ;)

Notesy i kalendarze.

To moi dobrzy przyjaciele, o nich dzisiaj będzie mowa. Posiadam ich 5 sztuk. Myślałam, że tylu potrzebuję. Dziś wiem, że jeden spokojnie mogę wyeliminować. Dążę do minimalizmu wszak ;)

 

kalendarze1

 

Kalendarz na biurko.

Niewielki, by zajmował mało miejsca, ale musi być ze zdjęciami i ma mi się podobać. Absolutny niezbędnik. Potrzebny mi głównie po to, by szybko zidentyfikować jakiś dzień miesiąca. Nic w nim nie zaznaczam, ani nic nie zapisuję. Jest i już. Musi być.

Kalendarz książkowy.

Długo szukałam idealnego i wcale nie znalazłam, ale ten, który mam przynajmniej mi się podoba. Wybrałam taki niewielkich rozmiarów, z kotami na okładce.

Zapisuję w nim:

  • rzeczy związane z pracą
  • umówione wizyty (lekarz, fryzjer itp.), ważne spotkania, imprezy
  • wydarzenia z życia dzieci (konkursy, dni wolne, wycieczki, daty zebrań w szkołach itp.)
  • terminy i kwoty różnych płatności
  • terminy zwrotu książek do biblioteki
  • zaznaczam ważne daty, nawet te, które pamiętam (urodziny, imieniny, rocznice)
  • różne inne załatwienia na dany dzień, o których trzeba pamiętać

Notes w paski.

Służy mi do zapisywania tylko i wyłącznie rzeczy związanych z prowadzeniem bloga. Notuję w nim inspiracje i pomysły, robię plany i szkice poszczególnych wpisów, zamieszczam luźne notatki, pojedyncze zdania, które znienacka przyjdą mi do głowy. Czasem zapisuję jakieś zasłyszane czy ujrzane wyrażenia i zwroty wydające się być wartymi uwagi.

Wraz z długopisem noszę go cały czas w torebce. Może się przydać w każdej chwili.

Dziennik fitness.

Zapisuję w nim treningi. Nie plany, tylko to, co faktycznie wykonałam. Uzupełniam comiesięcznymi pomiarami, wklejam porównawcze zdjęcia. Kiedyś wypełniałam wszystkie strony, te z samopoczuciem fizycznym, psychicznym i nastrojem – również. Teraz uważam to za trochę głupie i zupełnie niepotrzebne. Zauważyłam, że wpisuję tam rzeczy niekoniecznie związane z treningami i to mi zaczęło przeszkadzać. Chciałam mieć coś, co będzie dokumentacją tylko aktywności fizycznej.  Strony świecą pustkami, a ja już postanowiłam, że z dziennika fitness zrezygnuję. Na sprawy treningowe znajdę miejsce w kolejnym notatniku.

 

kalendarze2

 

Niebieski notatnik/kalendarz.

Założyłam go jako organizer zdrowia i urody. W każdym miesiącu wyznaczam sobie jakiś cel, zapisuję jak idzie mi realizacja.

styczeń – powrót do regularnej aktywności fizycznej

luty – koniec z jedzeniem mięsa

marzec – intensywnie dbam o skórę twarzy

Na bieżąco pojawiać się będą kolejne…

Miesięczny cel oczywiście przechodzi dalej, dokładam do niego nowy ;)  Oprócz tego dodaję sobie małe, tygodniowe cele.

W notatniku opisuję pielęgnację włosów, spostrzeżenia na temat kosmetyków, informacje różnego rodzaju związane ze zdrowiem i właściwym odżywianiem. Gdy znajdę coś ciekawego przeglądając net – od razu ląduje to w moim notatniku, by nie uleciało.

 

kalendarze3

 

Czasami to zdania na temat właściwości zielonego groszku, czasami – przepis na jaglane burgery.

 

kalendarze4

 

Czemu nie zapiszę tego w komputerze, bądź nie wydrukuję?

Bo lubię pisać odręcznie. W odręczne notatki wkładam serce. Zapisany notes czy kalendarz bezspornie posiada duszę. Kocham przeglądać wypełnione odręcznie pisanymi wyrazami strony. Lubię skreślenia, dopiski na marginesach, strzałki, odnośniki. Czasem jakieś drobne rysuneczki czy inne bazgroły. Tekst odręczny żyje. Ma swoją historię.

To tak, jak z papierowymi listami pisanymi własną ręką, których dziś nikt już nie wysyła. TAKIMI listami…

Sama do siebie się uśmiecham. W świecie zawsze występuje równowaga. Nie znoszę starych wyczytanych książek, ale uwielbiam stare odręczne listy i notatki. Coś, co budzi we mnie cieplejsze uczucia niż bezosobowy druk.

Napisz do kogoś list.

Może być liścik, byle Twoją ręką, bez użycia klawiatury.

Włóż w tajemnicy ręcznie pisaną sekretną wiadomość kochanej osobie do kieszeni. Niech się uśmiechnie, kiedy znajdzie.

Załóż notes, w którym będziesz zapisywać dobre myśli. Swoim ulubionym długopisem.

Kalendarz możesz mieć elektroniczny, jeśli taki wolisz ;)

Z prawdziwym żalem, że musiałam użyć klawiatury – ślę uściski!

Pozdrowienia!

Ania

 

Posted in Życie | Leave a comment

naleśniki tapiokowo – kukurydziane

 

Przyszłam dziś z przepisem na moje najukochańsze od jakiegoś czasu naleśniki. Spróbuj ich, są rewelacyjne! Zakochałam się w nich od pierwszego razu. A potem przez długi czas nie mogłam kupić mąki z tapioki… Ale już znowu mam! I smażę, smażę, smażę!

 

Naleśniki tapiokowo – kukurydziane
(5 sztuk)

8 dag mąki z tapioki
8 dag mąki kukurydzianej
200ml mleka (ja używam ryżowego)
2 jajka
1 łyżka oleju
szczypta soli

dowolne nadzienie

 

nalesnikitapiokowe

 

  1. Wbij jajka do miski, dodaj mleko,oliwę i sól. Wszystkie składniki dokładnie zmiksuj lub ubij trzepaczką.
  2. Wsyp mąkę z tapioki i mąkę kukurydzianą. Bardzo porządnie wymieszaj, aby nie zostały grudki.
  3. Odstaw ciasto na ok 15 minut, by odpoczęło.
  4. Rozgrzej na patelni odrobinę oleju.
  5. Wlej porcję ciasta i smaż naleśnika z obydwu stron aż nabierze złotego koloru.
  6.  Gotowego przełóż na talerz, zjedz od razu lub trzymaj w cieple.
  7. Usmaż pozostałe naleśniki.
  8. Podawaj z dowolnym nadzieniem (ja najbardziej lubię z dżemem).

 

Przepis pochodzi z książki M. Szloser i W. Gąsiorowskiej  „Kuchnia polska bez pszenicy”. Polecam tak przepis, jak i całą książkę. Robiłam z niej również amarantuski oraz pieguska z owocami. Pyszna sprawa! :)

Gdy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam naleśniki ze smażonymi jabłkami. Z serem, dżemem czy czymkolwiek innym w ogóle dla mnie nie istniały (no poza krokietami z mięsem i kapustą oczywiście – moją drugą ukochaną postacią naleśników).  Najlepsze robiła moja babcia. Zjadałam ich naraz po 5 sztuk, pamiętam te czasy bardzo dokładnie. Byłam Małym Naleśnikowym Potworkiem.

Z małego naleśnikowego potworka wyrósł Duży Naleśnikowy Potwór. I Duży Naleśnikowy Potwór już nie mógł liczyć na na naleśniki u babci, czy mamy. Duży Naleśnikowy Potwór musiał radzić sobie sam.  TUTAJ opisywałam kiedyś jak próbowałam nauczyć się je robić ;) Początki nie były łatwe… za to kiedy już się nauczyłam…

Wpadłam w naleśnikowy szał. Trwa on od lat ;) Nie ma w moim życiu tygodnia bez naleśników. Lubię je za to, że właściwie w każdej chwili w mig mogę je mieć. Wykorzystuję różne przepisy, w zależności od moich aktualnych preferencji żywieniowych (kiedyś jadłam po prostu wszystko, potem stosowałam Metodę Montignac, obecnie unikam glutenu i mleka oraz nie jadam mięsa), wyraźnie też rozszerzyłam asortyment ulubionych dodatków. Naleśniki niezmiennie kocham całym sercem.

Przypomnę niektóre przepisy, może Ci się spodobają, jeśli nie znasz:

bezglutenowe naleśniki z kakao

naleśniki Marioli

naleśniki śmietanowe

Naleśniki – moja miłość…

Słodkie pozdrowienia i buziaki!

Ania

Posted in Bez glutenu, Kuchnia, Wegetariańskie | Tagged | Leave a comment